GKLUB.PL

Oficjalna strona stowarzyszenia Mercedes Off Road Club

Dzienniki z Montenegro

16.08 - Czwartek. Warszawa.

Dziś długo kupujemy resztę rzeczy z nieodzownej listy odkrywców i nosimy wszystko do samochodu. Jedzenie, sprzęt biwakowy, bagażnik i namiot dachowy, lodówka, 40 litrów wody, narzędzia, ciuchy... Gelenda przysiada coraz bardziej. Pakujemy się do 2 w nocy, a mieliśmy przecież ruszyć skoro świt.

17.08 - Piątek. Warszawa.

"Dzienniki z Montenegro" - pomysł banalny i już sam tytuł zdradza formułę artykułu. Plany wyjazdu na Bałkany (konkretnie do Czarnogóry) powstały już dawno, a dziś wreszcie przyszła pora na realizację. Koła G już się kręcą, a to oznacza że jedziemy, że nasza wyprawa właśnie sie zaczęła. Nie przyszło to oczywiście samo. Masa przygotowań, planów, łącznie z większym remontem silnika spowodowanym zemstą pompy wakum, która złośliwie wsypała wszystkie swoje kulki łożysk do miski olejowej, zacierając przy okazji opiłkami swój napęd i 2 sekcje pompy paliwa - choć może była to i łaska pompy, zważywszy, że awaria pojawiła się na 2 tygodnie przed wyjazdem. Wspominając te przygotowania, patrze na leniwie kręcący się licznik kilometrów - lepiej nie będzie i dziś nie zajedziemy też daleko. Nocleg spędzimy w hotelu w słowackim narciarskim miasteczku Donovaly.

18.08 - Sobota. Słowacja. Donovaly.

Dziś ruszamy ze Słowacji w świetnych nastrojach. Wieczorem był basen i sauna, rano słowackie hotelowe śniadanie i górskie czyste powietrze. Mało ambitnie chcemy dojechać pod granicę chorwacko-bośniacką. Po drodze zwiedzamy ekspresowo Budapeszt z perspektywy samochodu. Na wczesny wieczór docieramy do Slavonskiego Brodu i tu zostajemy na noc w całkiem przyjemnym pensjonacie. W restauracji jemy i pijemy białe wino. Jest ciepło. Jutro wjeżdżamy do Bośni.

19.08 - Niedziela. Chorwacja. Slavonski Brod.

Rano zaraz po śniadaniu w prawdziwie chorwackim stylu ruszamy do granicy z Bośnią. Przed wjazdem pytamy kilku lokalesów o zdanie wjeżdżać/nie wjeżdżać. Zdania są podzielone, ale w zwiazku z tym, że zaplanowaliśmy wjechać do Czarnogóry od Bośni to jedziemy przez Bośnię. Na granicy w Slavonskim Brodzie czekamy w kolejce około 30 samochodów - idzie szybko, otwieramy tylko jedną skrzynię wyprawową i już jesteśmy w Bośni. Jedziemy na południe do Sarajewa przez Doboj. Po drodze mijamy wiele spalonych i doszczętnie zniszczonych domów, miasteczek oraz wsi. Krajobrazy zmieniają się powoli, bo i jedziemy powoli - nie chcemy za bardzo wdawać sie w dyskusje z bośniacką policją (minęliśmy 4 policyjne kontrole prędkości) - w razie zatrzymania podobno wystarczy 5 EUR... Do Sarajewa docieramy bez żadnych przeszkód zwyczajną drogą asfaltowa z dużą ilością ograniczeń prędkości i zakazów wyprzedzania - jesli ktoś był na Ukrainie to bośniacka droga będzie bułką z masłem. Do Sarajewa docieramy po około 3 godzinach jazdy i wjeżdżamy do centrum. Miasto jest długie i wąskie, centrum położone na równinie między wzniesieniami. Na zboczach wzniesień znajdują się dzielnice sąsiadujące. Jedziemy wzdłuż centrum. Mijamy ledwo jadące stare tramwaje. Sporo tu nieremontowanych budynków, pobudowanych najpewniej w czasach Jugosławii, widać też duże wpływy muzułmańskiej kultury, a w bardziej zabytkowej, starszej części miasta obserwujemy spore ilości turystów. Partery kamienic zamienione są w sklepy z różnym asortymentem. Skręcamy w prawo w kierunku jednego wzniesienia. Wąska uliczka prowadzi nas do góry, co chwila mijanki na otarcie lakieru. Wszędzie pędzące szalone osobówki po stromych miejskich podjazdach i zjazdach. Docieramy na szczyt wzniesienia skąd mamy widok na prawie całe Sarajewo. Chłodzimy sie przy mini wodopoju, robimy kilka zdjęć, zjeżdżamy z powrotem do centrum i jedziemy dalej w kierunku miasta Foca. Widoki są coraz bardziej ambitne - kręte górskie drogi (wciąż asfaltowe i to dobre asfaltowe), skaliste kaniony, urwiska. Zjeżdżamy z przełęczy, tankujemy i zostaje nam do przejechania ostatni najbardziej emocjonujacy odcinek bośniackiej drogi. Foca - Hum, 20 km do Czarnogóry. Droga jest wciąż asfaltowa, ale i bardzo wąska - na 1 samochód. Czasami mijamy równie wąskie betonowe mostki. Jadąć dość szybko musimy uważać, aby w porę wyhamować przed nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem i nie spaść w przepaść. Po drodze zaliczamy kilka mijanek z małymi autobusami i osobówkami. Dojeżdżamy do granicy z Czarnogórą! Na granicy stoi tylko jeden samochód, kontrola dokumentów, ruszamy, skręt w prawo i jesteśmy na stalowo-drewnianym moście dzielącym Bośnię i Montenegro. Robimy tu obowiązkowe zdjęcia i zaczynamy poszukiwania noclegu. Po godzinie znajdujemy kemping położony tuż przy Tarze na samym dnie Kanionu z widokami na otaczające wysokie szczyty, porośnięte gęstymi lasami. Widoki hmm... no ładnie tu... nie można złego słowa powiedzieć. Słońce jeszcze wysoko, więc idziemy się kąpać i oplać. Jutro rafting.

20.08 - Poniedziałek. Montenegro. Kanion Tary.

Słońce budzi głęboko śpiących, wyglądając zza szczytów otaczającego nas Kanionu Tary. Oprócz nas na kempingu jest jeszcze grupa młodzieży francuskiej, która wczesnym rankiem wyrusza w swoją dalszą drogę - zostajemy tu w zasadzie sami. Nieśpisznie przygotowujemy pierwsze biwakowe śniadanie i chwilę odpoczywamy. Rafting zaczyna się od skompletowania pianki, butów, kapoku oraz kasku. Cała nasza dzisiejsza grupa jedzie mocno wysłużonymi Land Loverami w górę rzeki. Ostatnie kilkaset metrów idziemy jeszcze na piechotę i dochodzimy do kamienistego zakola Tary, gdzie czekają na nas pontony. Nasz sternik przeprowadza krótkie szkolenie i chwilę później odpływamy w kompletnym niezgraniu leniwym nurtem z plaży. Woda jest błękitna, bardzo zimna i ma pełną przeźroczystość. Przez około 4 godziny wiosłujemy, podziwiamy dzikość przyrody i szczyty roztaczające się wysoko ponad naszymi głowami, pokonujemy wodne kaskady, chwilę odpoczywamy przy wodospadzie wpadającym bezpośrednio do Tary, zapominając o całym otaczającym nas świecie. W trakcie raftingu pomagamy jednej załodze, która wpadła na skałe, przewracając ponton - wyławiamy co się da - ludzi, wiosła oraz wszystko co popłyneło z wartkim nurtem. Docieramy do mostu, którym przedostaliśmy się do Montenegro z Bośni i w tym miejscu kończymy rating. Wrażenia niezapomniane, jednak niski poziom wody pod koniec sierpnia sprawia, że rafting jest przygodą turystyczną. Aby przeżyć coś bardziej ekstremalnego trzeba tu przyjechać w maju, gdy poziom wody jest 5 metrów wyższy lub pojechać na rafting na rzekę Zambezi do Afryki. Wracamy na nasz górski kemping i jemy pyszny czarnogórski obiad - pieczoną baraninę, ziemniaki, zupę, sery, lokalny chleb i fasolę - wszystko bardzo intensywnie doprawione. Po krótkim odpoczynku pakujemy rzeczy i przenosimy się na wyjątkowo spartański, niezamieszkały kemping nad Jeziorem Pivskim. Po drodze przejeżdżamy mosty i niezliczone tunele wzdłuż Kanionu rzeki Pivy. Jutro wjeżdżamy w Narodowy Park Durmitor.

21.08 - Wtorek. Montenegro. Pluzine.

Spaliśmy na kempingu "pod Śliwą" z praktycznie zerowym zapleczem sanitarnym. Ruszamy dość późno. Krętymi serpentynami, przejeżdżając przez wiele wykutych w skale tunelach, wjeżdżamy wysoko w Durmitor w kierunku wsi Trsa. Dalej płaskowyżem jedziemy w kierunku Kanionu Suszyckiego i znów podziwiamy dzikość i piekno tych gór. Na sam dół Kanionu prowadzi kręta, ale bardzo przyjemna szutrówka. Zjazd nie zajmuje więcej jak 40 minut. Niestety jezioro na dnie Kanionu jest wyschnięte, ale za to odpoczywamy chwilę w schronisku, a dzięki tutejszemu pracownikowi Parku uświadczamy jazdy na "dzikim mustangu" w drewnianym siodle. Odwdzięczamy się za to zimnym piwem prosto z lodówki. Widoki w pełni rekompensują 3 dniową jazdę z Polski. Jedziemy dalej, tym razem w góre Kanionu do wsi Crna Gora. Wieś ta jest malowniczo położna na płaskowyżu oddzielonym od reszty świata Kanionem Tary, Kanionem Suszyckim oraz w oddali najwyższymi szczytami Durmitoru. Wieś wygląda na zupełnie opuszczoną, aż dziw bierze, że tak dużo tu małych drewnianych domków, jedziemy tak dłuższą chwilę i nikogo nie zauważamy. Gdzieś w oddali staruszka przepędza konie, a pod kościołem siedzi 4 mężczyzn i do nas macha. Zatrzymujemy się na końcu drogi, skąd roztacza się widok na całą wieś, kanion i góry, ehhh... W drodze do Zabljaka jedziemy jeszcze kawałek wzdłuż Kanionu Tary, robimy kolejne zdjęcia (potem będziemy je jak zwykle kasować) i zajeżdżamy do restauracji z widokiem na najwyższe szczyty Durmitoru. Świeci słońce i jest alpejsko. Zjadamy wielki obiad - za jedyne 25 EUR, zupy, pstrągi, desery, kawy. Dosłownie wytaczamy się i jak się potem okaże była to najlepsza restauracja jaką znaleźliśmy przez cały wyjazd pod każdym względem. Dalej w drodze do Zabljaka spotykamy lokalesów, którzy częstuja nas gigantycznymi kawałami baraniny zawiniętymi w bułkę i wielkimi plastrami miodu wybranym chyba prosto z lasu - miód pycha. Zapada noc, jedziemy dalej do Zabljaka i tu zostajemy na noc na turystycznym kempingu wśród kamperów, motocyklistów oraz backpackersów.

22.08 - Środa. Montenegro. Zabljak.

Turystyczny kemping w Zabljaku nie należy jednak do tych ulubionych. Ruszamy zaraz po śniadaniu i jedziemy kawałek nad Crno Jezero. Dalej idziemy przez las na piechotę. Woda jest bardzo rześka, kąpiemy się z widokiem na góry Durmitoru - przyjemnie. Po krótkim opalaniu ruszamy dalej w kierunku mostu na Tarze. Tu pstrykamy kilka fotek i żądni kolejnej kąpieli znajdujemy zejście do Tary poniżej pobliskiego monastyru. Woda jest lodowata, można zanużyć się dosłownie na sekundę. Orzeźwieni ruszamy dalej wzdłóż Kanionu Tary do miejscowości Mojkovac. Po drodze jemy obiad i śmigamy do Plavu przez Matesevo i Andrijevice. Droga jest wąska i bardzo kręta, wymaga dużego skupienia. W Plavie graniczącym z Albanią widać już bardzo wyraźne wpływy muzułmańskie. Nocleg spędzamy na kempingu w otoczeniu gór. Nowością są stada kompletnie zdziczałych psów, które po nocy wyją do księżyca. Ponieważ nasz kemping leży tuż nad jeziorem, odpuszczamy sanitariaty i idziemy się kąpać.

23.08 - Czwartek. Montenegro. Plav.

Jest chłodny ranek. Znowu kąpiemy się w jeszcze chłodniejszym Jeziorze Plavskim, jemy śniadanie i ruszamy. Chcemy jechać za Ulcinj na Wyspę Bojana. Z powrotem przez Czarnogóre trochę się nie chce. Na mapie jest na żółto oznaczona droga przez Albanię - dużo krótsza, no a w Albanii nie byliśmy. Jedziemy do granicy, po drodze mijamy muzułmańskie wesele, zostaje 5 kilometrów drogi w budowie z ciężarówkami. Jesteśmy na granicy. Leniwie podchodzi do nas pogranicznik. Przegląda dokumenty oraz co mnie trochę dziwi sprawdza czy z tyłu dziala mechanizm odkręcania szyb i to z obu stron. Na nasze szczęście oba mechanizmy są sprawne, oddycham z ulgą - szyby odkręcają się do końca i zamykają - można jechać. Szlaban się podnosi. Jeszcze szybko strona albańska, ale tym razem tylko dokumenty i wjeżdżamy do Albanii. Mijamy albańskie wioski. Na jednej drodze w oddali zauważam 2 wysokie kije. Na środku asfaltu podpierają swobodnie wiszące przewody elektryczne, zawadzamy anteną CB. Asfalt szybko się kończy i zaczyna kamienista górska dróżka - raz przy przepaści, raz przez wieś, raz wzdłóż strumyka. Jedziemy tak i jedziemy. Na środku drogi zatrzymuje nas chłopczyk, prosi o coś słodkiego. Dajemy mu chłodne czekoladki i batoniki z lodówki, powoli ruszam, nie chce oderwać rąk od samochodu krzycząc coraz głośniej "chocolate, chocolate". Na szczęście puszcza się i jedziemy dalej. Zapala sie rezerwa, a droga nie rokuje... Miała być asfaltówka. Ech... Przecież w teren zawsze "wali się" z paliwem pod korek... Jesteśmy sami, nie wiadomo co dalej, więc niestety zawracamy. Znowu granica. Tankujemy w Plavie i ruszamy z powrotem przez Andrijevice i Matesevo do Podgoricy i dalej do Ulcinj. Droga masakra, setki wąskich zakrętów, zjazdow, podjazdow, wsi. 30 kilometrów w linii prostej po górach pokonujemy przez godzinę. Co chwila przepaści i mijanki. Najgorsze są te z ciężarówkami. Docieramy do Mateseva. Stąd kolejne 30 kilometrów w linii prostej i kolejna godzina. Droga jest jeszcze węższa, a przepaście jeszcze głębsze. Droga wymaga największego skupienia. Mijamy wiele ciężarówek. Wreszcie docieramy do Podgoricy, tutaj można się trochę zrelaksować na szerszej drodze. Ci z przeciwka wreszcie mają swój własny pas. Do Ulcinja wybieramy drogę nad Jeziorem Szkoderskiem - nie chcemy jechać turystycznym szlakiem na wybrzeżu. A przed nami kolejne 30 kilometrów przez góry - w linii prostej oczywiście. Jedziemy znów wąską na jeden samochód dróżką nad przepaściami. Za jednym zakrętem wyłania się drugi i tak cały czas, nie ma kawałka prostego, tak w pionie jak i poziomie. Po raz kolejny mijamy płonące lasy Czarnogóry, dym wyjątkowo gryzie w oczy i sałbo oddychać. Dojeżdżamy prawie pod samą granicę z Albanią i przejeżdżamy na druga stronę wzniesienia i po raz pierwszy w oddali widzimy Adriatyk. Jeszcze kolejna godzina i powinniśmy być na miejscu. Okazuje się jednak, że bezpośrednia droga na Ulcinj jest zamknięta z powodu płonących lasów. Musimy jechać na około, chyba już nie damy rady, jest późno, a my naprawdę jesteśmy zmęczeni dzisiejszymi zakrętami. Znajdujemy kemping Utjeha tuż nad plażą przy restauracji Rocky Beach - brzmi nieźle. Dziś nocujemy niczym elfy wysoko w koronach starych drzew oliwkowych. Nie możemy zasnąć - głośno cykają cykady. W końcu zmęczenie bierze górę. Dziś będę chyba miał koszmary, w których bębą gonić mnie lewe i prawe górskie zakręty. Jutro kąpiel w Adriatyku. Dobranoc.

24.08 - Piątek. Montenegro. Kemping Utjeha.

Nie bardzo nam się śpieszy, kąpiemy się w Adriatyku na publicznej kamienistej plaży. Bardzo tu tłoczno, za to woda przejrzysta i ciepła. Opalamy się. Po południu ruszamy za Ulcinj - najpierw na Wyspę Bojana (tuż przy Albanii), która okazuje się być domem tutejszych rybaków oraz mekką przyjezdnych kitesurferów i nudystów - nawet po kempingu kręcą się golasy. Dzikie, piaszczyste i szerokie plaże są tu niestety bródne, a morze nie tak lazurowe jak wcześniej. Wracamy z powrotem w kierunku Ulcinj. Po drodze mijamy Florida Beach, Copacabana Beach, Miami Beach i zostajemy na kempinu z dostępem do bezprzewodowego internetu przy Safari Beach. Rano obudzimy się z widokiem na morze.

25.08 - Sobota. Montenegro. Kemping Safari.

Dziś relaks i odpoczynek, opalamy się i kąpiemy.

26.08 - Niedziela. Montenegro. Kemping Safari.

Dzisiejszy dzień budzi nas gorączką i wszystkim co związane z problemami żołądkowymi. Leżymy w cieniu Gelendy z zimnymi ręcznikami na głowach - nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Na szczęście mamy leki przeciwgorączkowe, po godzinie jest lepiej, ledwo co pakujemy biwak, z trudem domykam namiot dachowy. Jedziemy do "Domu Zdravlja" w Ulcinj. Na dyżurze trafiamy na bardzo kompetentnego, młodego lekarza z bardzo dobrym angielskim. Dostajemy po kroplówce z antybiotykiem i witaminami oraz recepty. Płacimy za wszystko 24 EUR - jest dużo lepiej, choć gorączka wciąż trzyma - to przez odwodnienie. Resztę dnia spędzamy na rekonwalescencji w zamkowej kwaterze na starówce z widokiem na niespokojny Adriatyk w Ulcinj.

27.08 - Poniedziałek. Montenegro. Ulcinj.

Rano czujemy się już dużo lepiej. Ruszamy ze starówki w Ulcinj. Jemy jeszcze jakieś śniadanie za 5 EUR w pierwszym napotkanym hotelu w drodze do samochodu. Jedziemy wybrzeżem w kierunku do Baru, gdzie robimy jedynie krótki postój i zdjęcia zamku warownego oddalonego od wybrzeża. Jadąc dalej dojeżdżamy do Wyspy Świętego Stefana. Zjeżdżamy na parking przy samej wyspie. 2 EUR za godzinę postoju. Idziemy snurkować i robić zdjęcia. Plaża jak zwykle kamienista. Jedna część plaży jest przeznaczona dla zwyklych zjadaczy chleba - leżaki można wypożyczyć w przystępnej cenie za dzień. Po drugiej stronie leżak można wypożyczyć za 50 EUR za dzień. Doba hotelowa na wyspie to koszt od 750 EUR do 3000 EUR za noc. W lipcu i sierpniu jest wymóg rezerwacji minimum 3 nocy - więc my śmigamy dalej i po chwili wjeżdżamy do Budvy. Dobre hotele, restauracje, sklepy i widoki. W tym miejscu rozstajemy się z wybrzeżem i kierujemy się na Cetinje, które to niegdyś było królewska stolicą. To miasto nie robi na nas żadnego wrażenia. Turystyka tu nie dociera... Dalej przez Park Narodowy Lovcen (można powiedzieć, że to taki mini Durmitor) kierujemy się do Kotoru - starego średniowiecznego miasta. Wyjeżdżając z Lovcenu, docieramy na skraj góry i naszym oczom ukazuje się widok na całą Zatokę Kotorską, Kotor, Tivat, Adriatyk i lotnisko, na którym z góry (około 1000 metrów n.p.m.) widać startujące samoloty. Ruszamy w dół starą drogą Centinje - Kotor). Serpentyny wiją się jak nigdy dotąd. Wjeżdżamy do Kotoru, który okazuje się być miastem lansu przez duże "L". W marinie stoją lśniące jachty na wysoki połysk i łodzie motorowe jakości i wielkości "American Dream". Mijamy też przyklejone do wzgórza sławne stare średniowieczne miasto. Nieświadomi jego zawartości jedziemy dalej w poszukiwaniu noclegu. Znajdujemy przyjemny apartement z prywatną plażą, udaje nam się jeszcze trochę poopalać i posnurkować. Po zachodzie ruszamy na centrum Kotoru. Wieje bardzo silny wiatr porywający tumany kurzu. Docieramy do centrum i parkujemy na jednym z parkingów. Idziemy i mijamy całe masy wylansowanych ludzi. Drogą prowadzącą przez centrum w obu kierunkach wolno przesuwa się kolumna dobrych samochodów. Wchodzimy do średniowiecznego miasta przez grubą bramę z niskim sklepieniem. To stare średniowieczne miasto w nocy robi niesamowite wrażenie. Powoli idziemy bardzo wąskimi uliczkami. Stare kamienice wybudowane jedna obok drugiej, co chwila wchodzimy na inny ryneczek. Budynki średnio 4 kondygnacyjne, są też kościoły. Wszystko precyzyjnie zbudowane z kamienia i zdobione. Chodnik to jakiś kamień, tak gładki, że można się poślizgnąć. Na parterach kamienic są sklepy zaopatrzone w najlepsze markowe ciuchy. Można tu kupić wszystko i to w wydaniu ekskluzywnym, a nie bazarowym. Są też restauracje, kafejki, knajpy, puby, hotele, pensjonaty i sklepy z upominkami. Chodzimy i oglądamy. Jutro wrócimy tu z kamerą i aparatem.

28.08 - Wtorek. Montenegro. Dobrota.

Rano opalamy się i kąpiemy w zatoce, woda jest ciepła i wcale nie chce nam się stąd ruszać. Patrycję żądli pszczoła - boli, piecze, palec i ręka rośnie w oczach. Jedziemy znów do "Domu Zdravlja", tym razem kończy się na zastrzyku i lekach przeciwbólowych. Wracamy do średniowiecznego miasta w Kotorze, jednak w ciągu dnia nie robi to już na nas takiego wrażenia - zdecydowanie polecam wpaść tu z odwiedzinami nocą. Jak zwykle robimy zdjęcia i ruszamy w kierunku miejscowości Lepetane, gdzie promem za 4,50 EUR przedostajemy się na drugą stronę Zatoki Kotorskiej. Stąd (przez Herceg Novi) dzielą nas już dosłownie kilometry od granicy z Chorwacją. Dziś żegnamy się z Montenegro i ruszamy wybrzeżem Adriatyku na północ.

Chorwacja i powrót do domu.

Jadąc przez Chorwację, w której zabawiliśmy kilka dni, zwiedzamy jeszcze Cavtat, Dubrovnik, Makarską, przejeżdżamy przez Split i już autostradą dojeżdżamy do Wodospadów Krka. Przejeżdżamy też przez wyspy Pag i Rab, odwiedzamy niedźwiedzie w schronisku we wsi Kuterevo i na koniec w deszczu odwiedzamy jeszcze Park Narodowy Jezior Plitwickich. Wracamy przez Zagrzeb, Budapeszt, Chyżne i przez kolejne 2 dni odświeżamy górski klimat w Zakopanym. W sumie przez 2 tygodnie zrobiliśmy 4500 kilometrów. Chorwackie wybrzeże jest bardzo ładne, ale każda nawet najmniejsza zatoczka jest kompletnie zawalona ludzimi i nie ma szans na relaks - chce się z powrotem w góry i rzeki czarnogórkiego Durmitoru.