GKLUB.PL

Oficjalna strona stowarzyszenia Mercedes Off Road Club

Tydzień na Ukrainie

Pakowaliśmy głównie polary, kalesony, ciepłe koszulki, które zazwyczaj zabieramy w góry – ale przecież wybieraliśmy się w góry! Jak w poprzednich latach przygotowywaliśmy się na kilkustopniową temperaturę. A tu taka niespodzianka. Tegoroczna wyprawa w ukraińskie Karpaty zaskoczyła nas cudowną, słoneczną pogodą, pięknym słońcem i ciepłą wodą w górskich strumieniach. W takich warunkach off road to czysta przyjemność. Nie od rzeczy będzie dodać – Mercedesami. W połączeniu ze wspaniałą przyrodą Karpat mieliśmy okazję przeżyć świetną wakacyjną przygodę. Naszym przewodnikiem jak zawsze był nauczyciel chemii - Denis. Ten człowiek nieodmiennie zaskakuje nas osobowością poety, myśliwego, łowcy ryb, miłośnika wina, nie wspominając o tak prozaicznych umiejętnościach jak remont silnika CDI przy pomocy kombinerek, scyzoryka, paru trytytek na karpackiej połoninie.

Leśne trakty, strumienie, połoniny, "vałki", trawersy stały się naszą codzienną drogą. Czasem w ramach robótek ręcznych trzeba było użyć piły i oczyścić drogę – że jeden kilometr torowaliśmy dobre trzy godziny to drobnostka, czasem niezbędna była wyciągarka, by pokonać błotne czy bagniste odcinki.

Nasza tegoroczna ekipa składała się z pięciu prawdziwych off roadowych samochodów - Gelend i niestety Chevroleta Blazera. Za to Marek jako kierowca Cheviego – uczynił z niego prawie Gelende. Pełny szacun, Marek! Amerykańska pseudotechnika dowodzona przez doświadczonego kierowcę niespostrzeżenie zmienia dziwaczny znaczek na masce w prawdziwą gwiazdę. Kochani przyjaciele z Toyot i Jeepów... Przecież jednoczy nas okrzyk: "Bez gwiazdy nie ma jazdy" :)

J.u.r.g.e.n – milczenie jest cnotą, szczególnie gdy Jurgen, mówi przez radio: c.h.y.b.a s.i.ę w.y.w.r.ó.c.i.ł.e.m. Niestety mało się wywracał – tym razem. A Gelenda o kształcie U-boota ożenionego z pancerfaustem pokonywała wszelkie przeszkody z wdziękiem sarny.

Ale nic to!

Dopiero nieokiełznane bogactwo połączone z prawdziwie żołnierskim zamiłowaniem do porządku, dyscypliny i (sic!) minimalnej szybkości dało przykład jak można przejechać off roadową trasę nie trudząc się przeszkodami. Znajomość sztuk pięknych, twórczości Hrabala i hołdowanie starej zasadzie, że saper myli się tylko raz - pozwoliło przeżyć najstarszej na świecie Gelendzie jeszcze jedną cudowną wyprawę. Kolor budyniu tego niezwyciężonego bolidu wzbudzał wśród nas zawsze uczucia współczucia i jednocześnie miłości. Dla załogi – Bartosza i Hipa – pozostaje jedyna nazwa oddająca charakter tego teamu – Doktor Jekyll i pan Hyde. Wolno, wolniej, coraz wolniej – ile mądrości jest w tej starej zasadzie Smerfów.

Jacek - pogromca mórz i oceanów, człowiek o niebanalnym życiorysie i tym razem dostarczył nam wielu wrażeń. Przejechał, wraz ze swoją piękną towarzyszką podróży Madzią - całą trasę na AT-kach, bez wyciągarki, tylko czasami korzystał z naszej pomocy - nie dłużej jednak niż 3 godziny dziennie.

Debiut wyprawowy Pięknego Marka... 35-calowe koła, szary welur tapicerki, Vaya Con Dios, długie rzęsy i ciemne jak węgle ufne oczy... najwięksi twardziele wyskakiwali z Gelend i obsypywali Marka bukietami pięknych polnych kwiatów. Granatowy lakier, mocarne koła, niezwyciężona wyciągarka... miało być darcie łacha na całego, a ten skubaniec wciągał wszystko nosem jak dorosły. Syn pułku Gelendy jak się patrzy. Brawo Marek :)

Czerń – kolor magów, czarownic, a czasem tez neurasteników. Matowo czarny Wolf Brunnera wspinał się najdzielniej z gracją rączego, choć wiekowego jelenia. Pomagał innym - podświadomie oczekując na ich malutkie potknięcia – bo przecież "nic tak nie cieszy jak nieszczęście kolegi", ale nie pomogło to jego kierowcy uwolnić się od problemów z osobowością.

Spanie w namiocie ma swoje uroki, ale niektórzy z uczestników chętnie korzystają ze zdobyczy cywilizacji. Takim to sposobem spędziliśmy dwie noce w hotelu, który oprócz prysznica i w miarę wygodnych łóżek proponował atrakcję w postaci basenu i wielkiej wanny na wolnym powietrzu, pod którą rozpalano ognisko, panowie chętnie korzystali z jej uroków.

Potraktujcie tę garść uwag przyjaciele, jako szkic eseju o naszych wspólnych przeżyciach, którego kolejnymi odsłonami - w miarę pojawiania się w mojej skołatanej głowie - będę chciał się z Wami podzielić w niedługiej przyszłości.

Z germańskim pozdrowieniem, Brunner.